poniedziałek, 2 maja 2016

Sanam Teri Kasam (2016), czyli Amanda płakała jak oglądała

Tytuł: Sanam Teri Kasam
Reżyser: Radhika Rao i Vinay Sapru
Rok produkcji: 2016
Kinematografia: Bollywood
Obsada: Mawra Hocane, Harshvardhan Rane 
Film jest luźną adaptacją powieści Love Story Erica Segala.

Opis:
Saru wiedzie spokojne życie pracując w bibliotece i mieszkając z konserwatywnymi rodzicami. Czas wychodzić jej za mąż, jednak kandydatów na męża brak, bo ojciec ma wielkie wymagania, a dziewczyna urodą nie grzeszy. Dodatkowo młodsza siostra Saru wścieka się i panikuje, gdyż chce wyjść za ukochanego, który coraz bardziej się niecierpliwi, ale ojciec chce najpierw wydać starszą córkę. W całą historię wplątuje się jeszcze chłopak spod 20/52, który ma w nosie tradycjonalizm i podobno niedawno wyszedł z więzienia, gdzie siedział za morderstwo, co niezmiernie wpienia ojca Saru, który bawi się w strażnika morali lokalnej społeczności. Co stanie się, kiedy ojciec będzie musiał zdecydować między swoimi wartościami, a córką? I czy Saru w końcu znajdzie wybranka? I ostatnie pytanie - dlaczego to wszystko aż tak się skomplikuje?

Trailer:
(wybierzcie napisy angielskie, żeby lepiej zrozumieć dialogi)

Jak wszyscy wiedzą, często bliżej mi do kina indyjskiego niż kinematografii innych krajów. Tym razem wpadłam na film, z rodzaju tych, przez które ludzie nie lubią Bollywood, a jednak obejrzałam go bez przewijania, na końcu płacząc. Co więc było w nim takiego, że nie spisałam go na straty? Przekonaj się, czytając poniższą recenzję!

Nasza główna bohaterka, Saru, jest chodzącym schematem postaci nudnej cioteczki. Nosi się tradycyjnie, w okularach z okrągłymi oprawkami (no przecież!) i w warkoczu. Pracuje w bibliotece, gdzie podkochuje się w przystojniaczku, który wykorzystuje jej niezdarność i do upadłego wielbi i szanuje rodziców, nawet nie myśląc, by kiedykolwiek się im przeciwstawić. Niby jej nie przeszkadza to, jak wygląda i żyje, ale jednak jako dobra siostra, chciałaby aby Kaveri mogła wyjść za mąż i przestać biadolić na prawo i lewo, jaka to jest nieszczęśliwa, bo trafiła jej się brzydka siostra i konserwatywny ojciec. 
No właśnie, ojciec. Najbardziej irytująca postać filmu. Żywcem wycięty z papierowego schematu tradycyjnego indyjskiego ojca, który wielbi wszystko co indyjskie i ma swoją żonę za kucharkę, bo "w naszym domu nigdy nie zjemy niczego gotowego!", ba, nawet nie napiją się dietetycznej coli. Jest wielkim strażnikiem tradycji i zasad moralnych na osiedlu, ale nie przeszkadza mu to w śmiganiu hinglishem (wplatanie angielskich słów do hindi). O matce nawet nie warto wspominać, bo jej rola jest równie papierowa - matka, która potulnie słucha się ojca i ucisza dzieci, żeby go nie denerwować.
No i mamy 20/52, naszego typa spod ciemnej gwiazdy o imieniu Inder, który przykro mi, ale jest kolejnym schematem tego filmu. Wytatuowany, no bo wrócił z więzienia, uwierają go koszulki, więc ciągle chodzi bez, żeby pokazać ABS i pląta się przy nim jakaś pusta dziewoja. Dodatkowo skrywa bolesną tajemnicę, którą będzie dane poznać tylko jednej osobie, darzy sympatią koty i jakimś dziwnym schematycznym zbiegiem okoliczności jest ślepy, albo ma w oczach jakiś rentgen i chociaż obłapia go pustaczek, to w tym samym momencie dostrzega piękno w naszej brzyduli. I się robi kiszka. Największa oczywiście dla Saru, na którą od tamtego momentu spada niewiarygodnie wielkie stado nieszczęścia, które będzie towarzyszyło jej już przez cały film. W między czasie jeszcze się upije, rozpuści włosy i trochę poirytuje, a Inder z tym swoim zbolałym spojrzeniem spod byka będzie przypominał Johna Abrahama do tego stopnia, że zaczniemy szukać w Google, czy nie jest jego jakimś zaginionym bratem (nie jest, sprawdziłam).

Film aż krzyczy schematami i zastanawiam się, jak w ogóle mogłam obejrzeć coś takiego i czerpać przyjemność z seansu. Przecież to zło w czystej postaci. A jednak. Okazuje się, że mimo wszystko film ma w sobie jakąś magię i wzrusza do łez. Mimo wykreowania nijakich postaci, jakimś cudem chcemy ich oglądać i chcemy, by Saru wreszcie stała się niezależna i ogarnięta. Dodatkowo z rozczuleniem patrzymy na wysiłek Indera i nawet wpadają nam w ucho piosenki. A na koniec robi nam się smutno, bo szkoda nam trochę bohaterów, przez to, jak wiele trudności zgotował im los, a właściwie reżyser. Na plus dochodzi jeszcze aktorka grająca Saru za to, że wykreowała wiarygodną postać i scena z wanną.
Podsumowując, chociaż film jest strasznie schematyczny i niestety nie jest to arcydzieło, to jednak oglądało się przyjemnie i z chęcią polecę ten film, ale tylko fanom kinematografii indyjskiej. Pozostałym kinomanom raczej już nie bardzo, chyba że w formie ciekawostki.

Na koniec, jak zwykle zapraszam do pozostawienia po sobie śladu w komentarzu i mam do Was pytanie - lubicie schematyczne filmy, czy wolicie coś z oryginalną fabułą i dlaczego?

11 komentarzy:

  1. Kurczę, ileż to ja się napłakałam przy tym filmie. Aż sama nie wierzyłam! Podeszłam do tego filmu dość niechętnie, spodziewałam się typowej historii miłosnej, a tu niespodzianka. Film bardzo mnie zaskoczył, pozytywnie oczywiście. Oglądałam z zapartym tchem, momentami płacząc, ale też i śmiejąc się. Wspominam seans miło. Naprawdę ciekawy film.
    Co do twojego pytania. Lubię i schematyczne filmy i oryginalne. To zależy od dnia i tego, co mam chęć obejrzeć. Jednak bardziej skłaniam się ku czemuś oryginalnemu. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja z jednej strony siedziałam i nie dowierzałam, jak sztuczne były niektóre dialogi, zwłaszcza te z ojcem i siostrą, a jednak popłakałam się jak bóbr na końcu i następnego dnia zrobiłam powtórkę wybranych scen filmu. Totalny mix sprzecznych emocji ;)

      Usuń
  2. Jestem właśnie kilka dni po seansie, więc podchodzę to Twojej recenzji na świeżo :) Mi również film bardzo się podobał. I tak, również płakałam ;p
    Wiedziałam, że ten Inder kogoś mi przypomina - żywa kopia Johna Abrahama! Dobrze, że to sprawdziłaś bo tak ja też bym zaczęła szukać, czy nie są spokrewnieni ;) Osobiście nie przeszkadzało mi, że na prawo i lewo chwalił się swoim ABS - całkiem miły dla oka, muszę przyznać ;p
    Co do Twojego pytania to schematyczne filmy ani trochę mi nie przeszkadzają. Po prostu niektóre schematy nigdy mi się nie znudzą i zawsze miło jest zobaczyć ich nową odsłonę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niby na fajny ABS zawsze miło się patrzy, ale czasami miałam wrażenie, że aż za dużo nam się ten facet rozbiera xd
      I masz rację, niektóre schematy zawsze będzie się miło oglądało, jeśli twórcy fajnie podejdą do sprawy i nie zrobią jakiejś wydmuszki ;)

      Usuń
  3. Zupełnie nie siedzę w nowościach, tytuły rzucają mi się tylko w oczy, ale są raczej zagadką. O tym zdążyłam już trochę usłyszeć, widzę, że kolejna pozytywna recenzja.
    Plakat jest intrygujący, jestem ciekawa nowych twarzy w bolly, więc na pewno kiedyś obejrzę.
    A co do pytania to bardzo różnie. Czasem mam ochotę na słodką, schematyczną opowieść, jeśli dobrze zrobiona to z przyjemnością obejrzę. Chociaż często wymagam już czegoś więcej od bolly, oczekuję lepszych i bardziej oryginalnych filmów. Ale to tak specyficzne kino, że każdy znajdzie coś dla siebie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Plakaty ogólnie piękne tego filmu, zwiastun też całkiem interesujący, ale film to właśnie takie coś, co tylko fani kina indyjskiego zrozumieją. Bo to z jednej strony film z tymi dialogami z patosem aż nadto, a z drugiej strony na końcu się tak płacze, że jakoś reszta idzie w zapomnienie.
      Całkowicie się z Tobą zgadzam, czasami mamy humor na schemacik, a czasami na coś oryginalnego ;)

      Usuń
  4. Kocham ten film. Zdaje sobie doskonale sprawę z jego niedociągnięć, a mimo wszystko i tak go kocham. Nie pamiętam kiedy ostatnio jakiś film wzruszył mnie aż tak bardzo.

    Przyznam, ze zaczęłam go oglądać, bo wprost uwielbiam schematyczne filmy bollywood klasy B i myślałam, ze Sanam Teri Kasam to takie dzieło. Pierwsze sceny z ojcem oraz aktorstwo siostry Saro to potwierdzały. A potem niespodzianka, bo z każdą kolejna sceną film coraz bardziej mi się podobał (bardzo możliwe, ze to tez zasługa ABS Indera). Druga polowe przepłakałam całą - szczególnie gdy Inder patrzył na Saro tym swoim smutnym wzrokiem :-( (do dzisiaj, za każdym razem gdy oglądam klip do tytułowej piosenki, a robię to często bo soundtrack bardzo mi się podoba, zalewam się łzami).
    Fajnie poczytać, ze nie jestem jedyną osobą która doceniła to dzieło. Sama nie wiem co ten film ma w sobie, ze tak mi się spodobał, szczególnie, ze nie lubię melodramatów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja zaczęłam oglądać z myślą, że zwyczajnie się pośmieję z kulawego aktorstwa i dialogów pełnych sztucznego patosu i nawet na początku trochę tak było, a potem skończyłam płacząc i zastanawiając się, jakim cudem mimo wszystko ten film coś w sobie ma.

      Usuń
    2. Mamy identyczne zdanie na temat tego filmu.

      Usuń
  5. Jeszcze tego nie widziałam, ale widzę sporo pochwał pod jego adresem. Jestem coraz bardziej nieufna wobec melodramatów, ale nie gra tam Shraddha, to jakiś plus. :P
    I piosenka tytułowa to arcydzieło. <3 W sumie tak się zapętliłam na tym jednym kawałku, że reszty nie przesłuchałam. :D
    A plakat, ten z wanną to jak na razie dla mnie najciekawszy plakat roku. No i ma odzwierciedlenie w filmie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Scena z wanną to jedna z najlepszych scen w tym filmie ;D I też się cieszę, że dali ją na plakat, bo nieziemsko wygląda.
      Nie lubisz Shraddhy? Ja ją całkiem polubiłam po Aashiqui 2 ;)

      Usuń

Czytelniku! Pięknie dziś wyglądasz, mam nadzieję, że masz dobry dzień! ;-) Pozostaw po sobie ślad w postaci komentarza - będzie mi bardzo miło poznać Twoją opinię.

Jeśli mogę tylko prosić - nie rób z komentarzy śmietnika. To nie miejsce na darmową reklamę. Spam będzie usuwany.