środa, 30 lipca 2014

Papierowe miasta (Paper towns) -John Green

wydawnictwo: Bukowy Las
liczba stron: 400

Opis ze strony wydawnictwa:
Nastoletni Quentin Jacobsen spędza czas na adorowaniu z oddali żądnej przygód, zachwycającej Margo Roth Spiegelman. Więc kiedy pewnej nocy niegrzeczna Margo uchyla okno i, zakamuflowana jak ninja, wkracza na powrót w jego życie, wzywając go do udziału w tajemniczej i misternie zaplanowanej przez siebie kampanii odwetowej, Quentin oczywiście podąża za dziewczyną. Gdy ich całonocna wyprawa dobiega końca i nastaje nowy dzień, Quentin przychodzi do szkoły i dowiaduje się, że zagadkowa Margo w tajemniczych okolicznościach zniknęła. Chłopak wkrótce odkrywa, że Margo zostawiła pewne wskazówki i że zostawiła je dla niego. Podążając jej urywanym śladem, w miarę zbliżania się do celu Q odkrywa zupełnie inną Margo, niż ta, którą kochał i znał dotychczas.



"Osobiście widzę to tak: każdemu przydarza się jakiś cud. Umówmy się, że prawdopodobnie nigdy nie trafi we mnie piorun, nie zdobędę Nagrody Nobla, nie zostanę dyktatorem niewielkiego państwa na jednej z wysp Pacyfiku, nie zapadnę na nieuleczalny nowotwór ucha ani nie ulegnę spontanicznemu samozapłonowi. Jeśli jednak wziąć po uwagę wszelkie nieprawdopodobne historie, zapewne okaże się, że przynajmniej jedna z nich przytrafia się każdemu. Mogłem zobaczyć deszcz żab. Mogłem postawić nogę na Marsie. Mogłem zostać pożarty przez wieloryba. Mogłem ożenić się z królową Anglii albo przetrwać kilka miesięcy na morzu. Jednak mój cud był inny. Moim cudem było to, że spośród wszystkich domów na wszystkich osiedlach mieszkaniowych w całym stanie Floryda zamieszkałem w domu w sąsiedztwie Margo Roth Spiegelman."

Papierowe miasta, to ostatnia z wydanych w Polsce książek Johna Greena, jaką było mi dane przeczytać w ostatnim czasie. Do czytania zabrałam się z ciekawością leżąc na słoneczku w sobotni dzień. Zainteresowała mnie już od pierwszych stron. John Green wykreował postać całkiem przeciętnego Quentina, który za sprawą Margo zaczyna się zmieniać oraz właśnie Margo -osobę tajemniczą, którą ciężko poznać i jednoznacznie ocenić.
Z uśmiechem czytałam, jak Margo pojawia się w oknie Quentina wymalowana jak ninja i proponuje mu, a właściwie wręcz oznajmia, że pomoże jej w jej planie zemsty, liczącym 11 punktów. Nawet zaczęłam kibicować Q z nadzieją, że po tej szalonej nocy odnowi na stałe swoje kontakty z Margo. Jednak, jak to u Greena zwykle bywa -nic nie jest takie proste, jakie mogłoby być. I tym sposobem, następnego dnia Margo znika. Nikt nawet się temu nie dziwi -ta dziewczyna już wiele w życiu nawywijała. Była znana ze swoich przygód, ucieczek, wyjazdów. Jednak teraz Quentin ma dziwne przeczucia, więc na własną rękę próbuje szukać Margo. Pomocą w rozwikłaniu tej zagadki mają być zostawione przez nią wskazówki, bo jak dowiedział się Q -dziewczyna zawsze zostawiała za sobą jakiś trop. Tym razem jednak wszystko wskazuje na to, że wskazówki nie zostały zostawione dla jej rodziców, a dla niego. 

Zrywa się chóralny okrzyk: "NIE. Ani się waż. Trzymaj to jak mężczyzna. Trzymaj to jak wiktoriańska dama utrzymuje dziewictwo. Trzymaj to z godnością i gracją, jak prezydent Stanów Zjednoczonych ma utrzymywać pokój w wolnym świecie."

Z pomocą chłopakowi przychodzą także jego przyjaciele. I tu warto zatrzymać się chociaż na moment. Mam wrażenie, że postacie Bena i Radara były w pewien sposób ciekawiej zarysowane niż postać Quentina, który dopiero szukał siebie. Krwawy Ben -nazywający wszystkie osobniki płci żeńskiej "królisiami" oraz Radar, którego życiem była szkolna internetowa encyklopedia, której był współtwórcą, a dodatkowo skrywał przed światem dosyć zabawny fakt o swojej rodzinie. Ci dwaj byli prawdziwymi przyjaciółmi Q i jak sami się przekonacie, zrobili dla niego wiele.
Powieść Greena dosyć lekko traktuje o odnajdywaniu siebie poszukując kogoś nam bliskiego. Ponadto autor zauważa, jak często nasze wyobrażenie o kimś różni się z prawdziwą osobowością tego człowieka. A także, jak czasami idealizujemy osoby, na których nam zależy, a czasami też rzeczywistość. 

"Miasto było z papieru, ale nie wspomnienia."

Tradycyjnie u Greena pojawia się także wyjaśnienie tytułu i kryje się za nim jakaś metafora. Papierowe miasto, to takie, które w rzeczywistości nie istnieje, a jego nazwa została umieszczona na mapie, by chroniła kartografa przed plagiatem jego pracy. Co to ma do naszej książki? Tego Wam nie zdradzę, musicie przekonać się sami. ;)
Ogólnie przyznam, że czytało mi się miło i często się uśmiechałam czytając, ale jednak albo to już delikatne zmęczenie materiału, albo zwyczajnie ta książka była nieco słabsza od jego pozostałych utworów. Momentami miałam wrażenie, że a to ten wątek był powiązany z tą jego książką, a tamten z inną itd. Dodatkowo sądzę, że postać Margo była trochę nieudaną kreacją literacką. Dokładnie wiem, że taka musiała być, ale jednak po przeczytaniu trochę zastanawiałam się, jakby to było, gdyby Green stworzył ją w nieco inny sposób. Ponadto zakończenie nieco mnie rozczarowało. W sumie nie wiedziałam, jakiego zakończenia oczekiwać i jakie wolałabym przeczytać w miejsce tego, które tam rzeczywiście jest, ale małe rozczarowanko było.
Niemniej jednak, podsumowując całą lekturę, polecam, aby sięgnąć po nią. Tym razem zachęcam do czytania nieco mniej, niż przy pozostałych książki Greena, ale jednak polecam, bo mimo wszystko warto ją przeczytać, chociażby dla samego Johna Greena i jego stylu pisania. ;)
A na koniec, mała grafika inspirowana książką.


A Ty, masz już za sobą lekturę Papierowych miast? 
A może dopiero przed Tobą? 
Koniecznie daj znać w komentarzu!

16 komentarzy:

  1. Ja "Papierowe miasta" od początku polubiłam , zwłaszcza te metafory , którymi raczył nas Pan Green ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fakt, metafory Greena zawsze są udane i bardzo je lubię w jego powieściach. ;)

      Usuń
  2. Książki jeszcze nie czytałam, ale zapowiada się fajnie. Jak uwinę się z innymi wakacyjnymi lekturami, to chętnie po nią sięgnę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A jakie książki masz jeszcze w planach? ;)

      Usuń
    2. Miałam gdzieś listę, ale zgubiłam :( Ale były wśród nich pozycje, które polecałaś, a także parę innych, chyba "Trafny wybór" J.K. Rowling, "Dobry początek" Nicholls David, "Inne Anioły" Crow Lili St., "Anna we krwi" Kendare Blake i jeszcze parę innych :)

      Usuń
    3. Anna we krwi mi się obiła o uszy -chyba też swego czasu na tę książkę "czatowałam", ale potem jakoś zapomniałam o niej. Na swojej liście umieściłam tyle książek, że sama nie wiem, jak się z nimi wyrobię przez wakacje. ;)

      Usuń
  3. Książka jeszcze przede mną, ale z cała pewnością po nią sięgnę - chociaż ze względu na Greena :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla Greena i jego stylu pisania -zdecydowanie warto. ;)

      Usuń
  4. Nie znam twórczości tego autora, ale może spróbuję...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Koniecznie musisz go poznać! ;) Będzie warto, gwarantuję ;)

      Usuń
  5. Nie czytałam jeszcze żadnej z książek Greena. Kttórą polecisz mi jako pierwszą? ;) Oprócz Gwiazd Naszych Wina oczywiście - za nie zabieram się w najbliższej wolnej chwili.

    w wolnej chwili zapraszam do mnie: http://wyznania-czytelniczki.blog.pl/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, to fajnie, że za GWN się zabierasz już. ;) Potem proponuję Szukając Alaski i 19 razy Katherine, a na koniec Papierowe Miasta. ;)

      Usuń
  6. Lubię tego aurora, choć szczerze, przeszkadza mi ciut to, że teraz jest tak strasznie popularny - co nie jest jego winą, aczkolwiek... W każdym razie, jego książki zazwyczaj trzymają poziom i są o czymś konkretnym - i za to wielki plus. Lubię też jego styl ;>

    Z ciekawości spytam, recenzujesz wszystkie książki, które przeczytasz, czy wybrane?

    U mnie recenzja, z powodu moich wyjazdów dopiero teraz :<, będzie mi bardzo miło, jeśli wpadniesz.

    sophie-karen.blogspot.com/

    Miłego wieczoru xx

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też z pewną obawą podchodzę do tych strasznie sławnych i uwielbianych książek i autorów, bo mam wrażenie, że skoro już tyle osób to polubiło, to już mi się pewnie nie spodoba. No ale w przypadku Greena na szczęście było inaczej. ;)
      Co do recenzji to bywa z tym różnie. Zależy to od tego, czy akurat jestem w humorze na pisanie. ;) Czasami od razu po przeczytaniu chcę napisać recenzję, a czasami książka musi poczekać "na swój czas" ;)
      Pozdrawiam ;)

      Usuń
  7. jeszcze nie miałam styczności z Greenem.
    niestety nikt z znajomych jej nie posiada, w bibliotece jak zwykle nic, a kasy brak.
    ale niedługo będę musiała to zmienić.
    nie za bardzo lubię taką tematykę książek.
    ale mam wrażenie, że autorstwa Greena mogę wchłaniać bez przerw
    co dziwne, bo przecież żadnej jeszcze nie czytałam -,-
    no cóż, zobaczymy. :)
    pozdrawiam.

    lustrzananadzieja.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przyznam, że gdybym przeczytała gdzieś opis którejś książki Greena, to może tylko Gwiazd Naszych Wina ma "chwytliwą" historię już od opisu. Za resztę pewnie bym się nie zabrała. A jednak John Green ma w sobie coś tak niezwykłego, że potrafi nawet banalny pomysł na książkę tak rozbudować, że jest niesamowita i czyta się ją z przyjemnością. ;)
      Może warto skombinować sobie którąś z książek jako prezent urodzinowy, lub coś w tym stylu? ;)
      Pozdrawiam ;)

      Usuń

Czytelniku! Pięknie dziś wyglądasz, mam nadzieję, że masz dobry dzień! ;-) Pozostaw po sobie ślad w postaci komentarza - będzie mi bardzo miło poznać Twoją opinię.

Jeśli mogę tylko prosić - nie rób z komentarzy śmietnika. To nie miejsce na darmową reklamę. Spam będzie usuwany.